Polecane Strony:

tomaszkiewicz.org - Umowa sprzedaży
multiprodukt.pl - tarkett
obsluga-ksiegowa.pl - usługi księgowe Wrocław
iist.pl - szkolenia ue
ed.torun.pl - Reklama na samochodzie Toruń
Zapraszamy.
A A A

KSIĄŻĘ BUONATESTA

 

 

 



Feliks Jabłczyński.

KSIĄŻĘ BUONATESTA

część druga




Nie lubił walki z ludźmi, nie lubił zawikłania tam, gdzie w grę wchodziły głębsze warstwy ducha, mające spokój głębi — jako przyrodzoną cechę w przeciwstawieniu do ruchliwej, szumiącej, połyskującej powierzchni. Tembardziej teraz, kiedy zawikłany węzeł życia czuł w sobie, niosąc go nierozwiązanym, kiedy szedł tam, gdzie iść właściwie nie chciał, podejmując się misyi, w którą nie wierzył. Miał mówić za innym, kiedy właściwie pragnąłby mówić za sobą, miał godzić, kiedy chciałby rozerwać, czując, że nie będzie mówił za siebie, ani rozrywał. W wyobraźni plątał mu się obraz kobiety, którą od siebie odsuwał. Czuł, że dotychczas nic nie zrobił, aby ją przyciągnąć, chociaż bywały czasy, że widywał ją prawie codziennie. Wiedział dlaczego, ale nie wiedział po co. I w nim także, jak w morzu, wszystko działo się samo, wypływając na powierzchnię wtedy, kiedy pragnął ciszy, a przeciwnie kryjąc się w głąb, pod martwą, nieruchomą szybę, gdy w głębi coś rozkręcało konwulsyjne ramiona lub wrzała walka głucha, bez nadziei.
W takich razach właśnie uciekał tam, gdzie świat kamieni, grobów, posiada już spokój morza, które wyschło na wieki. Po brzegach, na suchych piaskach są ślady dawnych nurtów, które już nie żłobią. Zeschłe muszle i skamieniałe morszczyny, resztki szkieltów opowiadają już beznamiętnie o tem, co było. Jest życie, ale nie ma już krwi — wyobraźnia może spokojnie żyć, kontemplując i odsuwając się od zbyt ostrych zgrzytów bieżącego życia.
Zatrzymał się. Było jeszcze wcześnie. Spojrzał na małą świątyńkę i po chwili przestąpił jej próg. Był zamyślony, brwi miał ściągnięte.
Blask słoneczny odbity od jasnego progu padał do środka i zapełniał go złotym oparem barw, zmięszanych ze słońcem. Chłód go owionął, odetchnął szerzej, choć przestrzeń była mała w stosunku do otwartego powietrza. Obejrzał się naokoło, spojrzał na sarkofag wykradzionej świętej.
Spojrzały na niego z kopuły, przez barwny blask, surowe oczy świętych. Ze ścian, z mieniących się mozaik poczęła na niego działać siła twórcza tego, który zaklął swoje wizye barwne w kamień przed ośmiu wiekami. Gdzie jest teraz, kim był, gdzie się kryje? Stanęły mu przed oczyma jego własne rzeźby, przypomniały się szeregi ludzi, wykutych w kamieniu, jego Madonny — szczególniej ostatnia. Za tysiąc lat będą mówiły o nim do tych, którzy z duszą w oczach oglądać je będą, tak jak on, trawieni pragnieniem czegoś, czego osiągnąć nie można. Przypomniała mu się mowa sztuki, którą władał. Wyrazami jej rozmawiają do siebie żywi i umarli, nie czując, co śmierć, co czas i odległość. Czemu jej nie wyzyskuje dla siebie? Czemu nie chce zrobić z niej piór tak jak Benozzo, Montefranco, jak inni, którzy do tego prawa nie mają i zdobią się w pióra cudze. Czemu się kryje, czemu jest tak głupi, czy dziwny? Teodora jest kobietą. Czemu jej nie pragnie zdobyć, pociągnąć, wziąć, zrobić z niej kochankę, zamiast czekać, aż ona sama pozna się całkowicie, bez jego pomocy, traktując go tymczasem jak dziecko, jak przyjaciela i zwracając się do innych?
Wzrok mu zciemniał. Usta drgnęły. Wyszedł.
— O czem myślisz? — klepnął go ktoś po ramieniu.
Giulio odwrócił się.
Był to Tartaruga. Stał przed nim trzydziestoletni mężczyzna słusznego wzrostu, szczupły, zręczny, dobrze ubrany, z wyrazistemi ciemnemi oczami o wesołym, jasnym blasku, z białymi zębami, którego twarz niestety w okrpny sposób zeszpecona była ospą (Tartaruga — żółw szyldkretowy). Pracował on u przeciwnika Benozza, u Astolego.
Giulio przywitał go.
— A ty co tu robisz? — zapytał po chwili.
— Ja? — rzekł Tartaruga wesoło — jako malarz, przyszedłem wykąpać się w barwach — i wskazał oczyma na wnętrze kociołka, przed którym stali.
Giulio uśmiechnął się nieokreślenie.
— Byłeś tak zamyślony — rzekł Tartaruga — jak gdybyś wpadał na rozwiązanie zagadki świata!
Giulio skrzywił się.
— Nie bądź za skromnym, Giulio, racz czasem przyjąć i pochwały — rzekł Tartaruga. — Nie myśl, że mam zamiar za to czegoś od ciebie żądać. Nie jestem pochlebcą.
Giulio zasępił się i spuścił oczy.
— Nie lubię kadzideł — rzekł tłumacząc się i zabierając się do odejścia.
— Tak, wiem, to drażni czasem. Ale bez tego nie można. Lecz mniejsza o to; chociaż nieznany majster bizantyjski, który pomalował te mury mozajką, jeżeli nie myślał wyraźnie, to przeczuwał, że przychodzić tu będziemy, aby ożywić się w jego barwach. Ten pomaga nam żyć, choć sam już nie żyje! A Benozo! Co ten wyrabia? jest coraz to gorszy! Co to dalej będzie? Mało mu było księcia, Astolego, żony — teraz wśród własnych ludzi robi sobie nieprzyjaciół! Dzisiejsza historya z Mariancą? Co to było? Gada o tem całe miasto!
Giulio spojrzał.
— Nic nie wiem, nie byłem dziś na robocie — rzekł.
— Benozzo wściekł się! Musiała mu chyba jejmość Tedora coś wyjątkowego zrobić tej nocy. Może złapał ją? — rzekł Tartaruga, śmiejąc się ironicznie.
Giulio zbladł, usłyszawszy słowa Tartarugi.
— Z kim? — zapytał, czując, że coś go chwyta za gardło.
— Podobno z Montefrankiem! Nie wiem, są to domysły — poprawił się Tartaruga, widząc, jakie wrażenie robi na słuchającym. Moż zresztą z nikim. Nie wiem — może być, że plotę bajki, bo cała ta historya w gruncie rzeczy nie obchodziłaby mnie więcej, niż wszelkie inne, gdyby

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 44 Następna »